Ciekawa relacja z wyścigów naszego klubowicza Karola

Szklarska Poręba 8.07.2017r. Bike Maraton na Bike Week 1-9.07.2017.

Szklarska Poręba to miejsce legendarne dla historii MTB. Obecnie odbywa się tam Bike week, jest to kontynuacja Lech Bike Festiwalu, który swój debiut miał jeszcze w 1997r, w tych zamierzchłych latach pierwszym trzykrotnym zwycięzcą tych zawodów był Maciej Grabek ( informacje te mam z kolarskich opowieści, w internecie informacji o tym nie znalazłem), Lech Bike Festiwal słyną z podjazdu na Petrovke, koszulek z logiem festiwalu i z zimnego Lecha w pakiecie J Impreza raczej była kameralna, maksymalnie 100- 200 zawodników, a na starcie zawsze Andrzej Keiser…i Ja J A obecnie, z czego jest znana? Myślę, że z jednej z najpiękniejszej tras MTB w Polsce, rozmachu, teraz startuje, co najmniej 1100- 1200 zawodników..UCI MARATHONU, PUCHARU POLSKI, zrobiło się „grubo” 😉

Po długiej mej przerwie startowej przyszedł czas na Bike Maraton w Szklarskiej Porębie. Czerwcowy start w Jeleniej Górze nieudany, na jedenastym kilometrze idiotyczna i absurdalna kraksa, po której nie mogłem kontynuować wyścigu. Ostatnie ukończone przeze mnie zawody były w Miękini (08.04.17). Minęło już tyle czasu, że pozostało mi po nich raczej mgliste wspomnienie. ( A i tam nie obeszło się bez przygód, bo złapałem gumę). I tak to wyszło, że dopiero w lipcu wypadł mi mój pierwszy GÓRSKI maraton.

W tym roku przed startem wielka niepewność, jak będzie wyglądać trasa po nocnych oberwaniach chmury, ile będzie błota, jakie dać ciśnienie w oponach by na dopompowanych nie popłynąć na błocie, a na niedompompowanych nie dobić na kamieniach obręczy. Wybrałem opcje niskiego cisnienia i przeskakiwania przez kamienie, rocket ron na przód 1.6 a tył Vredestein Black Panther na 2.1 ( mimo że zalecane, co najmniej 2.5 J)

Trasa zaskoczyła, bo była tak sucha jak nigdy dotąd, jakby żadna burza czy gradobicie nie dotarło na Bikemaraton. Na trasie przywitał nas upał, pot lał się z czoła, izo w bidonie było ciągle mało, żele za słodkie..jeszcze w międzyczasie zjadłem baton i mimo, że popity wodą z bufetu to mnie okropnie ukleił.

Tuż po starcie podjazd stokiem narciarskim Puchatek. Wjechałem go możliwie spokojnie by się na starcie nie zagotować, mimo dość spokojnej jazdy wystarczyło by być w czole 5 sektora, krótka jazda Drogą Pod Reglami i ukształtowała się 4-5 osobowa grupa.

 

Na podjeździe na Dwa Mosty wpadliśmy w czwarty sektor, mimo że droga szeroka szutrowa w czasie wyprzedzania zrobił się mały bałagan i było trochę szarpania. Grupa się rozpadła i tak na szczycie pozostałem sam, zjazd do pierwszego technicznego odcinka, niestety, jak co roku..pielgrzymka, zamiast jechać trzeba było iść. Ku memu zaskoczeniu marsz ten szedł całkiem sprawnie, doświadczony haniebnym upadkiem w Jeleniej Górze, nie chciałem się szarpać czy rozpychać łokciami by w głupi sposób nie upaść i nie uszkodzić roweru. Po minięciu największych kamieni i błota wężyk kolarski ruszył dalej. (Wężyk poniżej na zdjęciu).

 

 

Po rozjeździe i krótkim asfalcie rozpoczął się techniczny podjazd zielonym szlakiem. Wąską, stromą ścieżką po skałkach i kamieniach zaczęła się wspinaczka, niestety tłok uniemożliwiał trzymanie tempa i zmuszał często do zejścia z roweru. Na zjazdach dojeżdżało się do pierwszego słabszego technicznie zawodnika tworzył się za nim kolarski pociąg, który dojeżdżał do końca zjazdu. A zjazdy piękne jak na załączonych zdjęciach, single usłane korzeniami, kamieniami i skałami. Wokół piękna dzika przyroda, las, wąwozy, w oddali gdzieś szum strumienia… Większość trasy była poprowadzona szlakami górskimi przewidzianymi raczej do pieszych wędrówek niż do jazdy na rowerze.. trzeba było się na skakać, a na zjazdach nie raz biodra rzucić daleko za siodło by nie zrobić fikołka.

Radość dawało nie tylko pokonywanie technicznych zjazdów, gdyby tak mnie tylko te zjazdy cieszyły to bym jeździł DH, czy Enduro, ale podjazdy też dają mi niezłą frajdę, gdy kolejny raz udało się pokonać cało jakiś mega stromy podjazd. I to nic, że tętno 180 ( u mnie to dawno za progiem mleczanowym), że pewnie na wymagającym zjeździe nie będzie czasu spłacić długu tlenowego, a na kolejnym podjeździe przyjdzie nam za to zapłacić i będzie trzeba jechać na oparach silnej woli. Trasa liczyła 43 km i miała 1500m przewyższeń. W ilości zjazdów i podjazdów zupełnie się pogubiłem. Kontrolowałem kilometry do kolejnego bufetu i kilometrów do rozjazdu Mega z Giga, bo stamtąd miało być nie daleko do mety..

 

Gdy zbliżał się koniec trasy zobaczyłem tabliczkę „ 3 kilometry do mety” pomyślałem, no to będzie z górki, niestety nie, zaczęło być mocno pod górkę.. trzeba było pokonać ostatni dziki, sztywny podjazd. Zaczęły łapać mnie skurcze zapieczonych na zjazdach łydek. By opanować skurcze i sztywniejące dwugłowe (ud oczywiście) już nie deptałem na pedały tylko ciągnąłem kolana i stopy mocno w górę. Podjazd dziki, bo nie było wyznaczonej, jednej ścieżki, na której jeden za drugim zawodnik mógł grzecznie i spokojnie jechać, trzeba było ciągle szukać optymalnej trasy, omijać przeszkody, kręcić mocno i szybko korbą, walczyć by utrzymać się w pedałach. Niestety zacząłem tracić, ale dojechałem do ostatniego, klasycznego zjazdu do mety. Był to też klasyczny zjazd DH na Lech Bike Festiwalu.

 

 

Na ostatnich kilometrach zaskoczyło mnie pojawienie się osób z Mini, mimo że mieli 25km a jazda trwała już 3 godziny. Kiedyś był to, że tak powiem stały element Grabkowych maratonów, mega zawsze wpadało w ostatnich mini zawodników. Nie raz stwarzało to niebezpieczne sytuacje, ale na szczęście tego dnia spokojnie dojechaliśmy wszyscy do mety.

Na mecie byłem wyjechany do zera, zresztą jak zawsze, rok temu też długo dochodziłem do siebie po wyścigu. Wyczerpany, obolały podążałem do ostatecznego bufetu gdzie na szczęście czekały bogate misy arbuzów, bananów, pomarańczy, liczne butelki z wodą i izotonikiem…tylko Leszka brakowało..ale historia z Leszkiem, to już niestety tylko historia, myślę, że piękna historia MTB.

 

 

Historia: Ostatni klasyczny zjazd do mety na Lech Bike Festivalu 2008r.

Sportowo: Bardzo chciałem zejść poniżej 3 godzin, wydawało się to realne, w zeszłym roku miałem 3:07. Nie udało, 3:03.. 4 min lepiej, no OK, myślałem, że nie ma paniki. Byłoby wszystko pięknie, bo czas lepszy niż w tamtym roku, miejsce i open, i w kategorii wyższe, punktów za start też więcej, tylko ten współczynnik.. 0.628, który zależy od czasu zwycięzcy maratonu .W tym roku miałem ponad godzinę straty do pierwszego zawodnika, bolesne, ale prawdziwe, świat, polskie MTB pędzi do przodu. Zwycięzca Filip Helta (na MP XC w Warszawie 5 open, drugi w U23) Pewnie dla tego, że ma super mechanika, bo Krzyśki to super rowerowe mechaniki są!!

Do miłego zobaczeni na trasach MTB, powodzenia, przyda się Nam…

Dodaj komentarz